Zduszony śmiech nauczyciela w-fu, gdy podałem mu kartkę ze zwolnieniem. Głośny, bezczelny okrzyk, mający na celu oczernienie mnie przed resztą klasy, w której oczach i tak byłem już skończony. Zacisnąłem dłonie w pięści, starając się powstrzymać łzy cisnące mi się do oczu...
- Księżniczka" się denerwuje? - zawołał blondyn, podchodząc do mnie i nauczyciela. Nienawidzę go... Nienawidzę.
- No, Maciek, wracaj na salę mruknął nauczyciel, udając że nie rozbawiło go określenie mnie tym mianem a ty, niedysponowany, wracaj do szatni
Zabolało gdy to powiedział i gdy cała klasa zawtórowała mu szaleńczym rechotem. Odwróciłem się na pięcie i wyjątkowo szybkim, jak na mnie, krokiem, pognałem do toalety. Łzy ciekły mi już swobodnie po policzkach, udowadniając mi tylko, że jestem beznadziejny. Pociągnąłem nosem. Księżniczka", ciota", pedał"... wszystko to słyszę codziennie, gdy idę korytarzem. Nienawidzę ich, a jeszcze bardziej nie mogę znieść samego siebie. Długie, brązowe włosy, pieprzona, damska postura i arytmia, o którą nikogo nie prosiłem. Spojrzałem w swoje odbicie, przedstawiające mnie takiego, jakim jestem, a nie takiego jakim chciałbym być. Oparłem czoło o jego chłodną taflę, starając się uspokoić i przestać trząść, co w tej chwili wydawało mi się wyjątkowo trudne. Pociągnąłem nosem, wycierając twarz brzegiem brudnego swetra. Wylałem na siebie zupę na stołówce... Ja pierdolę, jestem większą sierotą niż ustawa przewiduje. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, zastanawiając się, skąd wziął się u mnie ten nagły, pieprzony, przypływ samokrytycyzmu. Podniosłem głowę i spojrzałem ponownie w swoją osobę patrzącą na mnie spokojnie. Podnosiła dłoń. Spojrzałem na swoją, marszcząc brwi, gdy zdałem sobie sprawę, że leży oparta spokojnie o brzeg umywalki. Spojrzałem ponownie na lustro, na którym moje odbicie wyglądało całkowicie normalnie. Odetchnąłbym z ulgą, gdy nie fakt iż uśmiechnęło się ono, podnosząc dumnie głowę. Odsunąłem się o krok, mając nadzieję, że mam tylko omamy, spowodowane olbrzymim zdenerwowaniem. Albo arytmią... tak, to z pewnością arytmia... To MUSI być arytmia. Moje drugie ja również odsunęło się i, tak samo jak ja, oparło o ścianę, by po chwili, bez żadnej kontroli, zacząć podchodzić do mnie spokojnym krokiem. Gdy znalazło się przy samej granicy", dotknęło lustrzanej tafli, wpatrując się zawzięcie w swoją dłoń. Zamachnął się i uderzył w jego taflę, powodując pojawienie się długiej, rozchodzącej się na wiele kierunków, rysy. Uderzył ponownie, a lustro rozbiło się na tysiące małych kawałków. Stał teraz, przede mną mój idealny sobowtór, patrzący na mnie z wyższością godną prawdziwego króla. Zerwałem się na równe nogi i wybiegłem z pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Nie zważając na fakt, iż nie powinienem się wysilać, biegłem przed siebie, aż do najbliższego zakrętu, przy którym na kogoś wpadłem.
- P-przepraszam wyjęczałem szybko, odwracając głowę. Korytarz był pusty. C-co jest?
- Nic się nie stało powiedział chłopak, pomagając mi złapać równowagę przepraszam za jego nierozwagę i wystraszenie ciebie, książe dodał, uśmiechając się. Co do chuja? Wpierw sam wyskakuję na siebie z lustra, a potem człowiek, którego pierwszy raz widzę, a przynajmniej pierwszy raz zwracam na niego uwagę, nazywa mnie księciem. Chociaż, t-to milsze, niż gdyby wtórował mojej klasie, określając mnie mianem księżniczki". Odsunąłem się o kilka kroków, znów na kogoś wpadając. Odwróciłem się i po raz drugi tego dnia, miałem nadzieję, że to tylko omamy. Mój sobowtór patrzał na mnie, wciąż nienaturalnie się uśmiechając.
- Ariuszu warknął mężczyzna, wpatrując się w niego natychmiast przestań denerwować księcia!
- Wybacz, panie powiedział sobowtór, kłaniając mi się. Ja chyba śnię... Gdy podniósł głowę, jego rysy twarzy były o wiele ostrzejsze, a włosy zmieniły swą długość i barwę z kasztanowego na czarny. Wyprostował się, przewyższając mnie conajmniej o dwie głowy.
- Książe, musisz iść z nami powiedział drugi, łapiąc mnie za przedramię i ciągnąc za sobą.
- Z-zaraz! Ja nigdzie z wami nie idę! - krzyczę, łapiąc się klamki od jednej z sal.
- Mówiłem ci, że będzie się opierał powiedział czarnowłosy, zwany Ariuszem, przerzucając mnie przez ramię musimy być stanowczy!
Szarpię się, mając nadzieję że to tylko głupi żart.
- Verusie! - krzyknął czarnowłosy, do blondyna, patrzącego na nas z politowaniem.
- Zostawcie mnie w spokoju! - wrzeszczę, wierzgając jeszcze mocniej. Stojący kawałek od nas chłopak podszedł do nas.
- Książe, mam nadzieję że mi to wybaczysz powiedział, kładąc dłoń na moim czole. Po chwili jedyną rzeczą, którą mogłem zobaczyć, była wszechogarniająca ciemność. Rozglądałem się i wołałem, szukając jakiejkolwiek żywej duszy, znajdującej się w tak samo beznadziejnym położeniu. Zmęczony ciągłym krzykiem, usiadłem.
- Arturze... wstań... - mówił głos, którego nie dało rady nie słyszeć. Wdzierał się do umysłu, pustosząc go i zostawiając tylko głupie poczucie konieczności, wykonania tego polecenia. Ponownie stanąłem na nogi, rozglądając się za źródłem tego dźwięku.
- Jesteś księciem stwierdził to duża odpowiedzialność.
- N-nie jestem żadnym księciem... - powiedziałem nikt nie wyśmiewałby księcia
- Ich świat nigdy nie usłyszał o twojej potędze i władzy głos stał się ostrzejszy i dużo mniej przyjemny i nigdy nie usłyszy.
- Nie rozumiem jęknąłem, siadając ponownie zostaw mnie, nie chcę cię słyszeć zasłoniłem uszy, mając nadzieję że chociaż to pozwoli mi nie słyszeć tych wywodów. Mówił coś dalej, lecz przerywałem mu ciągle swym krzykiem i jękami. Nie mogę być władcą, to zbyt absurdalne. Płakałem głośno, gdy głos wdzierał się do mojego umysłu, chcąc najwyraźniej splądrować go i zmusić mnie do przyjęcia tej głupiej, nierealistycznej wiadomości.
- Zbudź się, panie mówił inny, o wiele cieplejszy głos. Otworzyłem oczy ponownie, lecz tym razem zamiast ciemności, ujrzałem zmartwioną twarz, nieznanego mi dotąd człowieka. Jego długie, niemalże białe włosy stanowiły nieprzyjemny kontrast dla wściekle czerwonych oczu. Odsunąłem się szybko, chcąc umknąć tym purpurowym potworom. Zasłoniłem głowę kołdrą, jak gdy byłem mały i bardzo się bałem.
- Odejdź! - krzyknąłem odejdź krwawy potworze!
Cały się trząsłem, zaciskając mocno powieki. Ktoś zabrał mi to ciepłe i bezpieczne schronienie, jakim była pierzyna.
- Ależ Panie! To nadworny lekarz... nie on jest wrogiem tym razem pochylał się nade mną wysoki blondyn, o ciemnych, czekoladowych oczach. Kolor ten był niesamowicie ciepły, idealnie pasował do stroskanej miny chłopaka.
- K-kim wy... - jęknąłem, nie dokańczając pytania. Brązowooki usiadł na brzegu łóżka, biorąc moją dłoń w swoje.
- Książe, tak się cieszę z twojego powrotu... - szepnął, a z jego oczu pociekły pojedyncze łzy wszyscy oczekiwaliśmy aż osiągniesz pełnoletność, żeby móc ciebie tutaj bezpiecznie sprowadzić...














Comments
--
pozdrawiam:3
--
Szynka Grella śmiesznie smakuje.
Pisz dalej, pisz dalej!
Więęęęęęcej!
--
'God save the Queen...', she said with resignation and a glance of disdain. She took off black wig and closed her wild, black eyes. She bit her lip in a unfortunate attempt of abstention of laughing. And her age was ten and six.
--
Szynka Grella śmiesznie smakuje.
--
pozdrawiam:3
--
Szynka Grella śmiesznie smakuje.
--
..::Chcę lekko iśc przez czas.. jaki mi życie da, dopóki świeca wieczności nie zgaśnie::..
--
Szynka Grella śmiesznie smakuje.
--
..::Chcę lekko iśc przez czas.. jaki mi życie da, dopóki świeca wieczności nie zgaśnie::..
Previous Page12Next Page